poprzednia galeria

Mikołaj

rocznik '90, kolarz

Poranna dawka pozytywnych emocji, to chyba już uzależnienie.

Jako nastolatek nienawidziłem roweru… do czasu, gdy za namową Taty, w wieku 15 lat, wystartowałem w zawodach i na pożyczonym rowerze zaliczyłem upadek, który skończył się utratą przytomności i wstrząsem mózgu. Nie wiem jakim cudem, ale od tego czasu nie rozstaję się z rowerem. Wkrótce otrzymałem w prezencie używanego górala ze średniej półki i zacząłem jeździć. Najpierw mój ukochany Wrocław, wszystkie parki, górki, wały i lasy, a z czasem i dalsze wyjazdy, rowerowe eskapady. Zacząłem traktować to poważnie, a za cel postawiłem sobie wygrać zawody na których wtedy poległem.

Na rowerze MTB ścigam się już kawał czasu i przywykłem, że każdy dzień zaczynam od treningu. Przez cały ten czas wiele się nauczyłem, najpierw porażki i mnóstwo ciężkich treningów, upadki, zwątpienia, rozterki. Potem pierwsza praca w sklepie rowerowym, organizacja własnych zawodów, coraz lepsza forma i trochę medali. Oczywiście – bywało też gorzej, na przykład kontuzja kolana i poważne złamanie obojczyka, w sumie 7 miesięcy przerwy. Ale uczucie, które towarzyszyło jeździe po powrocie jest nie do opisania. To nie puchary, czy zwycięstwa są główną nagrodą, a poczucie wolności i prawdziwe emocje podczas rywalizacji.

Dziś jestem redaktorem miesięcznika Magazyn Rowerowy, czasami jeszcze coś wygram, ale przede wszystkim cieszę się życiem, a rower skutecznie mi w tym pomaga. Aha, mój ówczesny cel – zwycięstwo w tych zawodach – oczywiście spełniłem!

następna galeria