poprzednia galeria

Dorota

rocznik '58, “Kocia Mama”

„Koty są jak chipsy, na jednym się nie kończy”

Od dziecka byłam tzw. “Kocią Mamą”. Na wakacje jeździliśmy z Rodzicami na żniwa do Dziadków. Tam zawsze były koty. Ale z tamtych czasów wyniosłam obraz kota na wsi, wolnego, polującego na myszy. Do głowy mi nie przyszło przez długie lata, że można mieć kota w mieszkaniu w bloku. Zaczęło się od jednego ...

Koleżanka z pracy miała kocięta. Ja wtedy byłam od paru lat wdową, moja córcia jedynaczką, więc zaczęłyśmy rozważać opcję kota w domu. Podjęłyśmy decyzję na “tak. Wybrałyśmy kociaka, który schował się za kotarę i obserwował nas z ukrycia. Kasia dała mu na imię Merlin, bo chciała, żeby odczarował trochę to nasze smutne życie bez Taty. Zapisałam się wtedy na kocią listę dyskusyjną, podpytywałam doświadczonych „kociolubów”, dużo czytałam. Na kociej liście wypowiadał się jak doradca (z racji zawodu) – Szczepan. Wtedy poznaliśmy sie wirtualnie, a później osobiście: podczas spotkania wrocławskich uczestników kociej listy.

Mam też swoją pracę zawodową, jestem analitykiem baz danych. Natomiast wieczorami lubię się wyciszyć przy moim rękodziele. Czasem jest to szydełko lub druty, ale najczęściej haft krzyżykowy. Szczególną przyjemność sprawia mi wyszywanie obrazków dedykowanych. Wyobrażam sobie to nieznane chore dziecko z kołderką uszytą z kwadratów wyhaftowanych przez „cioteczki”, takie jak ja. I ten dziecięcy uśmiech towarzyszy mi przy wyszywaniu.

następna galeria

Kołderka za jeden uśmiech