poprzednia galeria

Iga

rocznik '81, właścicielka stajni

Konie to coś co trzyma mnie w pionie.
Co by się nie działo złego, to muszę być dyspozycyjna.

To już ósmy rok prowadzenia własnej stajni. Nie miałam planów posiadania stadniny, ale życie zweryfikowało moje plany. Tam gdzie pracowałam była kontuzjowana klacz Spiga Dorata (wł. Złoty Kłos). Kiedyś była koniem wyścigowym, ale po kontuzji straciła na wartości. Klacz była tam źle traktowana, a dla mnie była oczkiem w głowie. Kiedy postanowiono ją sprzedać, od razu uznałam, że ją odkupię! Klacz była zaźrebiona i nagle miałam dwa konie. Utrzymywanie ich w cudzej stajni było drogie, więc przejęłam małą wiejską stajnię. Przez lata pracowałam sama, ale teraz mam zaufane dziewczyny, które mi pomagają. Znają konie od podszewki i dzięki nim co drugi weekend jeżdżę na kurs fizjoterapii koni.

Zajmuję się tzw. jeździectwem naturalnym bez stosowania klasycznych środków przymusu. U mnie dzieciaki jeżdżą bez ogłowia, jest tylko sznurek na szyi. Z koniem trzeba nawiązać kontakt w jego języku i doskonalić swoją technikę jeździecką, aby bez żadnego przymusu wykonał wszystko co chcemy i czerpał z jazdy przyjemność równą naszej. Muszę przyznać, że to te „charakterne” konie łapią mnie za serce. Stanowią wyzwanie , któremu trudno się oprzeć. Dopiero jak się uda nawiązać kontakt z koniem, który na widok człowieka ma ochotę uciekać lub wręcz zaatakować, tak że jest on w stanie za tobą łazić i położy się tylko wtedy, jak wie, że jesteś obok i pilnujesz jego bezpieczeństwa, to jest to dopiero takie emocjonalne „WOW”.

następna galeria