poprzednia galeria

Isa

rocznik '81, biegaczka

Maraton jest jak deser,
aby go dostać musisz najpierw zjeść znienawidzony szpinak

Gdyby nie mężowe: “Ty i bieganie??!?”, nigdy nie było by ani półmaratonu, 30 km ani tym bardziej królewskiego dystansu. Nie miałabym ponad 30 medali, setek km w nogach, tysięcy euforycznych krzyków w gardle i poczucia, że robię coś tylko dla siebie.

Mój pierwszy maraton przebiegłam w 2012 we Wrocławiu. Pierwszy, najlepszy, najpiękniejszy i jak dotąd jedyny w swoim rodzaju. Jedyny jaki do tej pory caluśki przebiegłam bez chwili marszu czy zatrzymania. Oczywiście myśl o chociaż paru krokach wytchnienia pojawiała się tysiące razy. Jednak od 17km jechał przy mnie mój mąż - nie mogłam się złamać gdy ON był tuż obok! Musiałam pokazać, że to całe moje bieganie to nie babska fanaberia. I to dzięki niemu (dziękuję!) jak dotąd był to najbardziej satysfakcjonujący bieg.

Jest conajmniej 1001 powodów “za “ bieganiem, ale... ja biegać nie lubię… Nie lubię się męczyć, nie lubię gdy mnie coś boli, gdy krwawię od otarć, gdy schodzi kolejny paznokieć, gdy twarz zalewa mi pot, gdy uświadamiam sobie istnienie nowych mięśni i tego jak potrafią boleć. Ale... Uwielbiam przekraczać metę! Ta satysfakcja, gdy wkładają Ci medal na szyję! Wtedy nie pamiętam, że obiecałam sobie “nigdy więcej”. Godzę się na ten ból, by potem zaznać euforii. Wiem jak smakuje sukces wygranej walki po ciężkiej pracy?

następna galeria