poprzednia galeria

Irene

rocznik '83, hula-hop

Najlepsze we wspólnym podróżowaniu jest to,
że każdy musi się dopasować i zmieniać.

Kiedyś w Gwatemali zobaczyłam dziewczynę z Australii, która robiła show z płonącym hula-hop. Zajmowałam się teatrem, żonglowaniem i innymi rzeczami z cyrkowego światka, jeździłam na motocyklu, ale wtedy zdecydowałam, że to właśnie hula-hop podoba mi się najbardziej. Z "Clap, clap circo", z którymi tu jestem, pracuję od 1,5 roku, nawet jeśli zajmujemy się też innymi rzeczami, ta grupa ma priorytet.

Europa bardzo mi się podoba. Jestem tutaj po raz pierwszy i moi znajomi pochodzący z Europy, a mieszkający w Ameryce Łacińskiej opowiadali” “Nieee... Europa jest byle jaka, nie chcę tam wracać, bo tam rządzi kasa, konsumpcjonizm, wszystko musi być uporządkowane!”. Przyjechałam z taką wizją, ale na miejscu okazało się, że wcale tak nie jest. Nie jest aż tak poukładane.

Polacy nie są przyzwyczajeni do spektakli ulicznych. Zdziwiło mnie, że ludzie przechodzą przez środek sceny. A gdy próbuje się wyciągnąć kogoś z publiczności, to ludzie cofają się i wyglądają na wystraszonych. W Ameryce ludzie nie przechodzą środkiem, bo wiedzą, że zostaną sparodiowani i wyśmiani przez artystę oraz przez publiczność. Chętniej też się się śmieją i współpracują. Dlatego ciężko dostosować spektakle z Ameryki Południowej, bo one bazują na interakcji.

następna galeria

znajdź mnie tutaj: Clap Clap, BuskerBus 2014