poprzednia galeria

Artur

rocznik '77, krasnoludkowy turysta

Lubię bywać turystą, a gdy nim jestem, lubię robić zdjęcia.

Uwielbiam Wrocław, choć nie bywam w nim tak często, jak bym chciał. Co mi się w tu podoba? Mógłbym długo wymieniać: piękna architektura, kryjący się z bocznych uliczkach streetart, masa knajpek z dobrą kuchnią, niepowtarzalna atmosfera. Tym razem skupię się jednak na wrocławskich krasnalach. Między moimi paroma ostatnimi wizytami we Wrocławiu mijało po kilka lat i przez ten czas, niepostrzeżenie, krasnale opanowały miasto. Pamiętam, gdy pojawiło się pierwszych parę figurek - były śmiesznostką, ciekawą atrakcyjką turystyczną. Chwilę później było ich już kilkadziesiąt, naturalnie wrosłych w tkankę miasta i znalezienie wszystkich zajmowało dłuższą chwilę. Teraz liczba krasnali idzie w setki i wiem, że moja próba uwiecznienia ich wszystkich w weekend jest skazana na niepowodzenie. Na szczęście chodzi o to, żeby gonić króliczka.

Jestem wielkim miłośnikiem krasnali, bo są on przecież niesamowitym fenomenem. Wyrosły gdzieś na pograniczu kabaretu i poważnej historii, zaczęły jako wspominki czegoś konkretnego, Pomarańczowej Alternatywy, po czym momentalnie nabrały własnego charakteru, oddolnego rozpędu i stały się pełnoprawnymi mieszkańcami Wrocławia. W naturalny sposób, z sympatycznego narzędzia reklamowego, stają się pamięcią miasta. Osobiście lubię w krasnalach jeszcze jedną rzecz. Gdy podczas turystycznych spacerów kątem oka widzę małe sylwetki zerkające na mnie zza rogów, z latarń, z parapetów, mam wrażenie, że podczas gdy ja oglądam Wrocław, on też mi się przygląda i przyjemnie się z tym czuję.

następna galeria